Drugi dzień to wyjazd autem do Sandomierza zwiedzanie miasta na rowerze. Miasta nie bez przyczyny uznanego za jedno z ładniejszych w Polsce. Ma klimat i fajne położenie. Zawiesił mi się garminek stąd bark trasy po Sandomierzu i wypadu na drugą stronę Wisły. Po chińskim pysznym obiadku ruszyliśmy do miasta Opatów i skąd do nowego miejsca noclegowego schroniska w Mąchocicach-Scholasterii podjechaliśmy autem. Pogoda całkiem niezła słoneczna lecz wietrzna, na trasie sporo pagórków.
Po noclegu w bardzo dobrze wyposażonym, schludnym i tanim schronisku w Bodzentynie ( 15 pln ) i obfitym śniadanku ruszamy na podbój Świętokrzyskiego. Pierwszy etap to dojazd do Świętej Katarzyny z widokiem na Łysicę najwyższy szczyt tych gór 612 mnpm. Moja rodzina na kijkach zdobywa szczyt , my z Andrzejem objeżdżamy pasmo i od Huty Szklanej asfalcikiem podjeżdżamy na szczyt do Świętego Krzyża. Podjazd dosyć długi i stromy 8-9 %. Klasztor Oblatów to historia Polski leżą tam w kryptach Wiśniowieccy i inni zasłużeni dla kraju. Od tego miejsca nazwa województwa, pielgrzymują tam wierni 2 razy w roku. Drogą królewska ruszamy do Nowej Słupi po tygodniowych opadach trasa dramatycznie pozalewana , liczne głazy i schody Maja Włoszczowska by nie przejechała. Prowadzimy rowery po stromiżmie w dół ok 2 km w błocie i wodzie. Jest i asfalt nareszcie w drodze do Bodzentyna spotykamy randkowiczów na przystanku razem oboje mają 150 lat zadowoleni z zycia, opowiadają ciekawe historie. W Bodzentynie zwiedzamy ruiny zamku biskupiego i wracamy na nasz naprawdę fajny nocleg. Pierwszy dzień bardzo udany. Po tych terenach jeżdzi się dosyć trudno podjazdy i podjażdziki dały w kość. Dzień bardzo chłodny 5-6 stopni, ale bez deszczu.
Ostatni dzień Braniewskiej wiosny to prawdziwie wiosenna słoneczna pogoda. Brukiem przez wiele km drogą tzw czołgową dotarliśmy do mety w Braniewie. Tam czekała nas pyszna grochówka i uroczyste zakończenie udanego rajdu. Z grupą ruszyliśmy do Fromborka i dalej Green Velo do Elbląga , na trasie z ramowiczami odłączyliśmy się by zdążyć na pociąg. Rajd bardzo sympatyczny.
Terenowa lekka i przyjemna traska w miłym towarzyzstwie. Nocleg w przytulnej szkole w Chruścielu. Wieczór silnie integracyjny z wieloma interesującymi sytuacjami , a nawet trofeum. Słodko się spało w tym Chruścielu.
Po pracy bryknąłem na kawę do największego rowerowego Ptaka w Malborku. Dalej z Ramowiczami do Ellblaga i pod przewodnictwem Piotra trochę terenowo do Młynar. Nocleg w chłodnym kinie przy gorącej atmosferze i lekko survivalowych warunkach niezapomniany.
Zgodnie z prognozą rano w Kopenhadze poważnie pada. Pojechaliśmy na dworzec centralny do pociągu i z przesiadką pokonaliśmy koleją najdłuższy most w Europie. Widać było niewiele. W Malme też padało i to dosyć mocno. Całą energię skierowaliśmy na poszukiwanie foli bąbelkowej do spakowania rowerów. Po wielu trudach się udało i było to bardzo trudne zadanie bo sporo sklepów zamkniętych. Składanie roweru do paczki to też niełatwa sztuka 2 godziny zabawy i jest. Ciekawostką jest, że przyszli ciemniejsi i poczęstowali nas obiadem ala socjal Szwecja całkiem niezły pikantny posiłek. Pogoda się poprawiła ale rowery w paczkach więc na lotnisko 40 km pojechaliśmy autobusem. Noc na lotnisku miła i bardzo spokojna pod okiem kamery na macie wyspałem się znakomicie. Wyprawa krótka lecz pełna wrażeń.
Rano skromne śniadanko i kawa. Zwijamy biwak i ruszamy na prawdziwą piątkową Drogę Krzyżową. Nie przypominam sobie jazdy tak długo pod tak silny wiatr. Brzegiem morza przy pięknych widokach nawijaliśmy na opony mozolnie km, wiało centralnie w twarz ok 40 m/s.Po 3 godzinach podmęczeni docieramy do promu w Helsingborgu. Koszt za przepłynięcie 6 km 20 min. znośny 36 sek czyli 15 pln. Bez kontroli jesteśmy w Danii. Jakoś tutaj bardziej ludnie, kolorowo i klimatycznie. Dla mnie zdecydowanie ciekawszy kraj niż Szwecja. Sporo marketów na trasie w Szwecji był z tym problem. Ruszamy w kierunku Kopenhagi tym razem wiatr nam umiarkowanie sprzyja. 2 śniadanko na trasie. I non stop ścieżkami jedziemy brzegiem morza mijając nadmorskie wioseczki. Jest na prawdę co podziwiać. Przed samą Kopenhagą wjeżdżamy na gładziutką jak stół leśną ścieżynkę i nią wjeżdżamy w obręb miejski. Na przedmieściach mijamy 10 tki rowerzystów, w miarę zbliżania się do centrum ruch rowerowy rośnie. Zwiedzamy centrum bardzo fajnego miasta, Kopenhaska Syrenka, symbol miasta na kolana nie rzuca. Fontanna bardzo piękna, budowle sakralne też robią wrażenie. Jednak podzielam zdanie , że to bardzo ładne i ciekawe miasto ludzi u których na twarzach widać uśmiech i zadowolenie. Na ulicach setki rowerów w ruchu i opartych o ściany, przy dworcach to już tysiące na olbrzymich parkingach. Trafiliśmy na rowerowy cmentarz gdzie rowery czekają na utylizację. Sporo z nich sprawia bardzo dobre wrażenie, myślę , ze w naszym kraju jeszcze kilka lat mogłyby pojeżdzić. Teraz rozumiem dlaczego Kopenhaga od wielu lat dzierży tytuł najbardziej rowerowego miasta Europy. Wreszcie trafiamy na nasz nocleg do domu Bente z warmshowers. Sygnalizowała, że jej nie będzie a klucze od domu były w umówionym miejscu. Wchodzimy i spora konsternacja wszędzie instrukcje na kartkach co i jak i by było nam lepiej i nawet wspaniale. Domek to taki mały skansen setki pamiątek z podróży szczególnie afrykańskich. Jest to połączenie małego klimatycznego muzeum i funkcjonalnego mieszkania. Ponownie spełniam się kulinarnie gotując tuńczyka z oliwkami w sosie tikka masala, oczywiście z makaronem ( przyjaciel każdego rowerzysty). Dostałem wspaniałe łóżko z materacem dopasowującym się do anatomii człowieka i pilotem. Bente nawet piwo w piwnicy dla nas przygotowała. Na stole zostawiła aparat telefoniczny by zadzwonić do niej, pomyślała o wszystkim. Wojtek ucina z naszą gospodynią długą pogawędką i dziękuje za wspaniałe przyjęcie. Zapraszamy ją do Polski, ona nas do Szwecji gdzie ma drugi dom. Po prostu inny świat. Zasypiamy pełni wrażeń. Dzień piękny spełniony już wiem , że było warto.
Na rowerze jeźdżę od dziecka w wieku 9 lat pojechałem z kolegą do Pelplina 20 km rowerem na powrót zabrakło sił wróciliśmy pkp na gapę. Pierwszy był wagant potem Romet sport, 11 lat na Authorze Mystic , Autor Mission i moje marzenie wyprawowy Trek 920. W czasach studenckich sporo niskobudżetowych długich eskapad po Polsce. Teraz come back no i ta Europa stojąca otworem.
Kraje w których jeżdziłem na rowerku:
Anglia + Gibraltar, Czechy, Niemcy, Szwecja, Słowacja, Słowenia, Chorwacja, Gruzja, Armenia, Dania (Bornholm). Holandia (Amsterdam), Hiszpania, Francja, Andora, Maroko, Portugalia, Mołdawia, Rumunia, Włochy całe +(Sycylia) Watykan. Izrael, Palestyna.Cypr (dookoła), Grecja, Białorus, Litwa , Rosja.